Kobiety i dzieci mają przechlapane

Kiedy fregata parowa HMS Birkenhead (en) tonęła w 1852 roku u wybrzeży Afryki Południowej po zderzeniu z nieoznaczoną na mapach skałą, załoga i znajdujący się na pokładzie żołnierze w pełnym porządku i w spokoju czekali, aż kobiety i dzieci wejdą do szalup. W sumie z 643 osób podróżujących statkiem uratowało się 193, w tym 7 kobiet i 13 dzieci. Uratowało się też 8 z 9 koni, które wyrzucono za burtę by dać im szansę na dopłynięcie do lądu.

HMS Birkenhead

Thomas M. M. Hemy, „Wrak Birkenhead”

Do tragedii przyczyniła się, poza sztormową pogodą i zupełnymi ciemnościami, zbyt mała, tak jak na Titanicu, liczba sprawnych łodzi ratunkowych. Nie dało się na przykład opuścić na wodę szalupy mogącej pomieścić 150 osób, gdyż lina służąca do jej wodowania przegniła i zerwała się. Żołnierzy i marynarzy, którzy próbowali dotrzeć do oddalonego o dwie mile brzegu wpław, przetrzebiły rekiny i wyczerpanie, ale wszystkie kobiety i dzieci przeżyły katastrofę. To wydarzenie, opisywane szeroko w ówczesnej prasie, a także w poemacie Rudyarda Kiplinga, dało początek zasadzie „Najpierw kobiety i dzieci”, znanej też jako „zasada Birkenhead” („Birkenhead drill”) która kilkadziesiąt lat później przyczyniła się do uratowania większości kobiet i dzieci na Titanicu. Jednak wiele wskazuje na to, że o wiele częściej zasadę tę łamano.

W 2012 roku ukazała się praca „Every man for himself. Gender, Norms and Survival in Maritime Disasters” („Każdy dla siebie. Płeć, normy i przeżycie w katastrofach morskich”) Mikaela Elindera i Oscara Erixsona, którzy zbadali 18 zatonięć, od Birkenhead w 1852 po Bulgarię w 2011. Uwzględniono takie czynniki jak szybkość zatonięcia, miejsce zarejestrowania statku, czy fakt wydania przez kapitana rozkazu „najpierw kobiety i dzieci”.

Z zebranych danych wynika, że przeciętne szanse uratowania członków załogi wynosiły ponad 60%, pasażerów płci męskiej odrobinę poniżej 40%, kobiet poniżej 20%, a dzieci jeszcze mniej. Szanse kapitana, który tradycyjnie ma zostać na pokładzie do końca, były trochę lepsze niż mężczyzn-pasażerów. Przy podziale pasażerów według zajmowanej klasy najlepiej radziła sobie klasa pierwsza, a najgorzej trzecia. Jeżeli kapitan wydał rozkaz ratowania najpierw kobiet i dzieci, to szanse ich przeżycia zdecydowanie wzrastały. Ale i tak nie miały one łatwo. W uratowaniu się przeszkadzała im mniejsza sprawność fizyczna i siła, a także względy obyczajowe — sto lat temu, a w wielu miejscach świata i dzisiaj, kobieta prędzej była gotowa zginąć niż publicznie pozbyć się krępujących ruchy ubrań.

W sytuacjach krytycznych instynkt samozachowawczy może się stać ważniejszy niż normy społeczne i wygrywa ten, kto dba tylko o siebie. Przypadki takie jak Birkenhead czy Titanica, na którym uratowało się 70% kobiet i tylko 20% mężczyzn, to wyjątki od reguły. Dotyczy również takich wydarzeń jak trzęsienia ziemi czy susze.

Opublikowane w 2006 roku badania tysięcy klęsk żywiołowych (Eric Neumayer i Thomas Plümper, „The gendered nature of natural disasters: the impact of catastrophic events on the gender gap in life expectancy, 1981–2002” en pdf) pokazują niektóre czynniki, które powodują, że kobietom trudniej jest je przeżyć niż mężczyznom.

Autorzy analizowali wpływ natężenia klęski żywiołowej i statusu ekonomiczno-społecznym kobiet na rozbieżności między płciami w oczekiwanym trwaniu życia. Zbadano 4605 klęsk żywiołowych w 141 państwach w okresie od 1981 do 2002 roku. Okazuje się, że ginie w nich więcej kobiet niż mężczyzn, bądź też kobiety giną w młodszym wieku niż mężczyźni, a im potężniejsza klęska, tym większa jest ta dysproporcja. Wysoki status ekonomiczno-społeczny kobiet daje im większe szanse na przeżycie.

Gdy tonęły statki, kobiety szły na dno w krępujących ich ruchy ubraniach. W klęskach żywiołowych giną skrępowane normami społecznymi. Nierówności zaczynają się pojawiać już w dzieciństwie. W wielu kulturach dziewczynki, które mają zostać uległymi żonami i matkami, nie są zachęcane do rozwijania niezależności. O wiele rzadziej niż chłopcy uprawiają sport, pływają czy wspinają się na drzewa — a te umiejętności często ratują życie przy takich klęskach jak powodzie czy tsunami.

Tsunami, które spustoszyło wybrzeże Indonezji w 2004 roku nadeszło w ciągu dnia. Sporo mężczyzn znajdowało się wtedy bezpiecznie daleko na morzu łowiąc ryby, wielu też udało się do pracy wgłąb lądu. W domach na brzegu morza, tam gdzie siłą żywiołu była największa, zostały kobiety i dzieci. Przy trzęsieniach ziemi najlepsze szanse na przeżycie mają osoby przebywające na otwartym powietrzu. W krajach, gdzie podstawą gospodarki jest rolnictwo, są to najczęściej mężczyźni, i gdy dochodzi do trzęsienia to pod gruzami giną kobiety i dzieci. Nawet nocami, gdy szanse przebywania w domach wydają się podobne, normy społeczne mogą działać na korzyść mężczyzn. W Indiach w upalne noce śpią oni często na dachach domów lub na zewnątrz, lecz nie do pomyślenia jest by czyniły tak kobiety.

Stosowanie zasady Birkenhead i szczególne dbanie o bezpieczeństwo kobiet i dzieci może czasami być dla nich korzystna, ale może się też okrutnie mścić. We wpisie „„Women and children overboard”” („Kobiety i dzieci za burtę”) na blogu „Statistically Funny” Hilda Bastian opisuje, jak nadmierna troska o dobro kobiet i dzieci sprawia, że ich zdrowie i życie jest bardziej zagrożone niż mężczyzn. Badając przed dopuszczaniem do użycia leki producenci często decydują się nie testować ich na dzieciach i kobietach w ciąży. Oficjalną przyczyną jest troska o ich bezpośrednie bezpieczeństwo. Powoduje to, że ich ogólne bezpieczeństwo zmniejsza się, ponieważ wybór dopuszczonych do użycia, uznanych za bezpieczne, substancji jest o wiele mniejszy. Lekarz często może problem ominąć i przepisać lek, który nie jest oficjalnie uznany dla takich pacjentów, ale kto nie był w ciąży, a później nie zajmował się małym dzieckiem, ten może nie mieć pojęcia, jakim dylematem jest jego zażycie czy podanie dziecku. Zdarza się tak z lekami przeciwdepresyjnymi, których według panującego powszechnie mitu nie należy nigdy podawać kobietom w ciąży. „Nie należy”, bo nie zostały na nich porządnie przebadane. Bywa i tak, że koszt leków stosowanych „pozarejestracyjnie” nie jest refundowany przez ubezpieczyciela.

W swoim wpisie Hilda Bastian przedstawia historię leku na nudności ciążowe, Bendectin (en). Wprowadzony w 1956, całkiem skutecznie pozwalał normalnie funkcjonować ciężarnym kobietom przez wiele lat. Jednak na początku lat 60tych wybuchła sprawa Talidomidu, zupełnie innego leku zalecanego na nudności w ciąży. Pomiędzy 10.000 a 20.000 dzieci urodziło się z poważnymi deformacjami ciała, często bez rąk czy bez nóg. Australijski lekarz, William McBride, jako jeden z pierwszych opublikował prace łączącą Talidomid z uszkodzeniami płodów i zdobył sławę i liczne nagrody. Talidomid został wycofany. Ale w 1982 roku McBride opublikował pracę sugerująca, że Bendectin również może prowadzić do uszkodzenia płodów. Jednak eksperymenty stanowiące podstawę pracy były sfałszowane. Współautorzy, którzy podejrzewali oszustwo, potracili swoje stanowiska, a McBride w procesach wytaczanych przez rodziny kalekich dzieci potwierdzał, że za uszkodzenia odpowiedzialny był Bendectin. Zmęczony procesami producent, Merrell Dow, wycofał lek z rynku w 1983 roku. Przyjęcia do szpitali związane z nudnościami wzrosły prawie dwukrotnie, ale liczba defektów pozostała na stałym, naturalnym poziomie. Oszustwo wyszło na jaw prawie 10 lat później, a w 1993 roku McBride został skreślony z rejestru lekarzy. Dopiero na początku 2013 roku, prawie równo 30 lat po wycofaniu, amerykański urząd do spraw leków (FDA), dopuścił do sprzedaży lek o praktycznie tym samym składzie — Diclegis. Przez cały ten okres kobiety w ciąży były skazane na nieskuteczne i nietestowane leki oraz jeszcze mniej skuteczne sposoby domowe.

Ostatnio na problem dostępu dzieci do leków onkologicznych zwrócono uwagę w Wielkiej Brytanii. Artykuł w BBC (tu kuriozalny przekład na polski) opisuje problem z lekami dopuszczonymi dla dorosłych, których firmy farmaceutyczne nie rejestrują dla dzieci, choć mechanizmy choroby są takie same i terapia byłaby zapewne skuteczna. W sumie nie dziwię się. Każda terapia nowotworów będzie miała ciężkie efekty uboczne i wiele osób jej poddawanych umrze. Śmierć dorosłego pacjenta to standard, ale śmierć dziecka może stać się klęską PR dla firmy i gra okazuje się nie być warta świeczki. Dopóki nie zrezygnuje się z traktowania kobiet i dzieci jak święte krowy czy cenne ozdoby, będą one miały przechlapane.

Tagi: , , ,

Odpowiedzi: 2 to “Kobiety i dzieci mają przechlapane”

  1. zaciekawiony Says:

    Akurat na promie Bulgaria znaczenie dla niskiego przeżycia dzieci miało to, że urządzono dla nich zabawę na dolnym pokładzie, wyniki badania mogą więc wynikać z doboru katastrof.
    Był zresztą taki przypadek, że gdy tonął statek, do szalupy zeszli najsłabsi, w tym kobiety i dzieci a na pokładzie zostali odważni oficerowie. Szalupa wpadła na skały i zatonęła a wpół zanurzony statek dryfował na tyle długo, że tych którzy pozostali uratowano następnego dnia.

  2. annybloog Says:

    Nie ma już wymogu ewakuowania jako pierwszych dzieci i kobiet, jedne co pozostało, lub, inaczej—co zostało wypracowane, to pierwszeństwo dla ludzi z niepełnosprawnością.

Tu możesz zostawić komentarz, ale może najpierw przeczytaj "zasady komentowania".

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: