Jedzmy in vitro

Nielekkie jest życie wegetarian. Chociażby dlatego, że by zapewnić sobie odpowiednią ilość energii muszą zjeść więcej niż mięsożercy. Poza tym muszą się bardzo natrudzić, by mieć pewność, że to co jedzą nie zawiera nic pochodzenia zwierzęcego. Co jest o tyle niełatwe, że dysponując mikroskopem znajdziemy śladowe ilości zwierzątek na najlepiej domytej sałacie. Nie mówiąc już o takich substancjach jak żelatyna, podpuszczka używana do produkcji niektórych serów, czy węgiel kostny używany do wybielania cukru. Wielu z nich nie może uczestniczyć w cotygodniowym rytualnym kanibalizmie, stanowiącym element powoli zanikającej lecz ciągle dość popularnej religii. Dla tych wegetarian, którzy trzymają się z daleka od mięsa wyłącznie dlatego, że nie chcą sprawiać zwierzętom cierpienia, pojawia się powoli nadzieja. Mięso in vitro.

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już niedługo będziemy jedli hamburgery z mięsa, które nigdy nie było częścią żywego zwierzęcia, a zostało wyhodowane metodami inżynierii tkankowej. A za parę lat mogą się pojawić niczym się nie różniące od naturalnych steki. A może lepsze od naturalnych, bo od samego początku badań rozważa się możliwość wzbogacania takiego mięsa substancjami uważanymi za korzystne dla zdrowia, takie jak kwasy tłuszczowe omega-3.

Mięso in vitro (In Vitro Meat, IVM), nazywane już Frankenmięsem, nie jest pomysłem nowym. Już w latach 30tych XX wieku Winston Churchill stwierdził, że „za 50 lat unikniemy absurdu hodowania całego kurczaka by zjeść pierś lub skrzydełko, hodując te części osobno w odpowiednim medium”. Opatentowano już kilka technik hodowania mięsa, ale droga do skrzydełka jest bardzo daleka, o wiele dalsza niż do piersi. O wiele łatwiej, co nie znaczy łatwo, będzie wyhodować same mięśnie niż mięśnie połączone z ścięgnami i kośćmi, na dodatek pokryte skórą (choć będzie można zignorować pióra).

Kilka instytucji i organizacji pracuje już pełną parą nad IVM, bo choć początkowo będzie ono wielokrotnie droższe od zwykłego, to ma szanse sprzedawać się świetnie, tak jak obecnie o wiele droższa od konwencjonalnej jest „żywność ekologiczna”.

Jednym z głównych zarzutów stawianych IVM jest jego nienaturalność. Naturalność wydaje się wielu ludziom czymś dobrym i zbawiennym. Hmm. Wszystko jest naturalne, w przyrodniczym znaczeniu tego słowa. W potocznym użyciu jest koszmarnie nadużywane. Warto pamiętać parę rzeczy. Wszystko co zjadamy broni się przed tym jako może, albo też daje się zjeść w zamian za zwiększenie możliwości rozmnażania. Zwierzęta się bronią kłami, pazurami i kopytami, zaś rośliny kolcami i truciznami. Większość ziemniaka — łodyga, liście, kwiaty — jest trująca, a zdarza się że solanina pojawia się również w zjadanych bulwach.

Od początku swojego istnienia człowiek spędzał większość czasu na wybieraniu z otaczającej go przyrody jedzenia w miarą nietrującego i w miarę pożywnego. Archowieści zamieściły ciekawy wpis o zwyczajach żywieniowych naszych bliskich krewnych — neandertalczyków. Przedstawiani jeszcze nie tak dawno temu jako krwiożercze tępaki, a ostatnio coraz częściej jako ofiary swoich mniejszych lecz sprytniejszych krewnych, czyli nas, dostosowywali swą dietę do lokalnych warunków. Tak więc być może to nie wymarcie wielkich ssaków, uważanych za ich podstawowe pożywienie, było przyczyną ich wyginięcia.

Nie ma jeszcze polskiej strony o IVM na Wikipedii, ale tu jest angielska.

PS Bardzo rozsądny felieton w dodatku „Palce Lizać” GW napisała Irena Cieślińska

Tagi: , , ,

Tu możesz zostawić komentarz, ale może najpierw przeczytaj "zasady komentowania".

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: