Frustracja czytacza

Czytając kilka książek naraz można albo nabawić się frustracji, albo też uwierzyć w hipotezę Gai Jamesa Lovelocka, wedle której cała Ziemia jest jednym wielkim organizmem, którego poszczególne elementy, takie jak ludzie czy skały, są ze sobą ściśle powiązane (ale nie organicznymi światłowodami jak w Avatarze). Otwarte książki porozrzucane są po całym mieszkaniu i wszystkie w jakiś sposób wpływają na siebie nawzajem. I frustrują na różne sposoby.

W kuchni leży teraz „Rzeka genów” Dawkinsa, w palarni „Człowiek – istota społeczna” Aronsona i „Wojny dziecięce” Robina Bakera i Elizabeth Oram. W sypialni przeczytane ostatnio „Wyścig z czasem” C.N. Parkinsona (oddać!), „Piąta osoba dramatu” Robertsona Daviesa (nikomu nie pożyczać, trudno odkupić) i „Spektakl korupcji” Davida Lissa (wyrzucić). To są lekkie książki. Te naprawdę trudne są czekają na lepsze czasy – „Żyć w tym świecie i przetrwać” Skynnera i Cleese’a (tego od neurologii) i „Kucharka litewska” Wincenty Zawadzkiej (gdzie dzisiaj kupię kapłona czy szałatanosy? Naprawdę trudna książka).

Choć tytuł „Wojny dziecięce” kojarzyć się może raczej z „Chłopcami z Placu Broni” (oryginalny tytuł „Baby Wars” – to mogłoby być o takich małych wojenkach jak Falklandzka), to jest to sprawnie napisany przegląd ludzkich strategii i taktyk związanych z płodzeniem, rodzeniem i wychowywaniem dzieci w kontekście ewolucji. Ponieważ książka dotyczy reprodukcji to pewnie nie będzie polecana dzieciom – skoro bociany i kapusta wystarczają rodzicom, to po co mają one wiedzieć więcej. Tym bardziej, że można się dowiedzieć jak korzystne (biologicznie) może być kopulowanie z kilkoma partnerami w krótkich odstępach czasu, zamordowanie młodszego braciszka przez starszego, czy stosowanie naturalnych metod planowania rodziny:

Wstrzemięźliwość seksualna, brak owulacji, nieprzyjmowanie zapłodnionego jaja do macicy, spontaniczna utrata płodu w ciągu pierwszych trzech miesięcy ciąży, poronienie w dalszym jej przebiegu, a nawet porzucanie lub zabijanie dziecka po porodzie – to zawsze były i nadal są skuteczne narzędzia planowania rodziny.

Dla nowych rodziców wyjątkowo cenna będzie analiza mechanizmu płaczu dziecka i najprostszy sposób zapobieganiu mu: do co najmniej drugiego roku życia dziecko ma prawo spać na rodzicu lub tuż obok, w bezpośrednim kontakcie. I tyle. A w książce najbardziej frustruje świadomość, że się tego wszystkiego nie wiedziało na wczesnych etapach produkcji potomków.

O produkcji potomków i ich wyjątkowości w porównaniu z przodkami pisze Dawkins w swojej książce z 1995 roku (trochę stara, ale nowsze strasznie drogie i niedostępne w taniej książce):

Każde zwierzę i roślina, bakteria czy grzyb, te co pełzają, i ci, którzy czytają tę książkę – wszystkie żyjące stworzenia mogą poszczycić się długim szeregiem przodków, z których ani jednemu nie przydarzyło się zginąć przed osiągnięciem dojrzałości.

Nawet „Wyścig z czasem”, powieść marynistyczna, której akcja toczy się na przełomie XVIII i XIX wieku, wpasowuje się w temat jednym fragmentem, w którym młody kapitan brytyjskiego okrętu zastanawia się nad mizernymi zdobyczami wojennymi w kontekście optymalizacji swojego sukcesu reprodukcyjnego:

[Kapitan Delancey] Postanowił, że się ożeni, zanim będzie na to za późno. Ale na razie miał niewiele, albo zgoła nic do zaoferowania przyszłej żonie, a po zakończeniu wojny, kiedykolwiek by to nastąpiło, mógł mieć jeszcze mniej.

„Wyścig z czasem” jakoś dziwnie mnie nie sfrustrował. Nawet fakt, że całkowicie zapomniałem treści poprzedzających ten tom dwu powieści Parkinsona, które czytałem kilkadziesiąt lat temu.

Nie frustruje też Robertson Davies (o nim kiedy indziej), natomiast 471 stron „Spektaklu korupcji” niewiele, gdyż niewiele kosztowało (2,12 grosza za stronę) i niewiele czasu zajęło. Traktują one w barwny, choć nużący (sic), sposób o spisku dotyczącym wyborów parlamentarnych w Anglii w 1722 roku. Już trochę lepszy był „Handlarz kawą” tegoż autora, też o spisku, w tym samym okresie, ale w Holandii. Książkę czeka na adopcję (lub jednorazowe użycie, zawsze można odnieść) w krakowskiej knajpie Kornet na alejach Krasińskiego. Wystarczy podać autora i tytuł miłej szynkareczce (lub któremuś z antypatycznych barmanów) i można ją sobie zabrać (UPDATE: książka już zabrana).

Poważnie mnie frustrują takie perełki jak w Przekroju z 20 kwietnia 2010 na stronie 73 (na www.przekroj.pl nie znalazłem artykułu). „Światło sprzed tysięcy lat świetlnych dociera do Ziemi bez zniekształceń”. Czuję się, jakby mi cegła spadła na głowę z wysokości trzech kilogramów. I za cholerę nie mogę znaleźć artykułu sprzed kilku tygodni (z któregoś kolorowego tygodnika), w którym autor pomylił sobie przodków z potomkami. Życzę mu takiego właśnie sukcesu reprodukcyjnego.

Tagi: , , , ,

Tu możesz zostawić komentarz, ale może najpierw przeczytaj "zasady komentowania".

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: