Co nam mówią znaki

poniedziałek, 31 Aug 2015

Zaczęło się niewinnie. Z Twittera dowiedziałem się, że na anglojęzycznej Wikipedii istnieje strona Porównanie europejskich znaków drogowych. Istnieje też podobna strona na Wikipedii polskiej, ale jest ograniczona do zaledwie sześciu największych krajów Europy.

Najciekawsze znaki to te, na których coś się dzieje — samochód wpada do rzeki, ciężarówka wybucha, a dzieci biegają wzdłuż i w poprzek ulicy. Różnice w zachowaniu i wyglądzie dzieci wyrysowanych przez anonimowych pracowników ministerstw wielu państw (dzięki czemu praktycznie wszystkie znaki drogowe są w domenie publicznej) były na tyle intrygujące, że skłoniły do dokonania pobieżnej analizy. W miarę łatwo można było wyróżnić trzy kategorie dzieci: idące, biegnące, oraz pędzące tak, jakby gonił je sam diabeł:

CNlMFJeWcAAuDA1

Zrobienie mapki nie było szczególnym problemem. Mam w Pythonie bibliotekę z funkcją, której wystarczy podać kolory wybranych państw Europy by otrzymać plik z mapą w formacie svg.

Czytaj resztę wpisu »

Relaksujący spacer z psem

sobota, 1 Aug 2015

Kolejny wpis gościnny Ani:


9ta, zrobiło się chłodniej, czas spokojnie wyspacerować i wybiegać psa, a nie tylko przemykać z cienia do cienia. Woda jest, worki są, papierosy są, pies jest – idziem. Zmierzcha więc Bruno świeci jak choinka – po incydencie nad Wisłą, gdy pijana rowerzystka usiłowała go rozjechać, dostał ledową obrożę. Idziem. Na Błonia.

Na początek pod kinem u naszych stóp i łap wypierdala się laska na rolkach. Bruno w wrzask. Laska w wrzask. Zdarza się.

Za rogiem zostajemy uderzeni falą dźwięku: hej, kurwa, sokoły. Na Błoniach stoi scena a z niej lecą my cyganie, my górale i w ogóle łabudidajdaje. Wokół tego prawie setka dzieci wypuszczona z psychiatryka dla małoletnich biega i wrzeszczy jak poparzona. Pies oszołomiony nie ogarnia co się stało z jego kuwetą.

Zaciskam zęby, mimo że wolałabym uszy, omijamy tałatajstwo i spuszczam psa dalej. Gdy lekko cichnie za nami ten kiermasz, okazuje się że na Wiśle grają i że chociaż prawdopodobnie biega już tylko 20 osób to wrzask również niczego sobie.

No to do chuja pana skręcamy w stronę Salwatora żeby mieć namiastkę spokoju i wtedy koło Juvenii Bruno biegnąc za frisbee przebiega po pijanym facecie leżącym w trawie. Facet wstaje i krzyczy niezrażony, że o jezu jaki piękny pies i jaka to rasa i że on chce >hep< go głaskać. Piękny pies wystraszony biega w kółko i drze mordę, ja próbuję uspokoić faceta i psa. Okazuje się, że obok leży kolega faceta, który też teraz wstaje i krzyczy jeszcze głośniej niż wszystko:
– ROMAN, NIE DRZYJ SIĘ!!
– Ale jaka >hep< to rasa?!
– Bruno, zamknij się! PON!
– ROMAN, CICHO!!
– A gryzie?! Aportuje to kółko?! >hep< A da mi?
– Tak, tak, nie, Bruno, noga!
– Ale czemu?!
– ROMAN, ZAMKNIJ SIĘ!!
– Bruno, siad!
– ROMAN, NOGA! ROMAN SIAD! DOBRY ROMAN. miłego wieczoru pani życzę.
– >hep<!

Bardzo wszystkim polecam posiadanie piesków.

Patroni naszych szkół

wtorek, 21 Apr 2015

W ramach zabawy z danymi zabrałem się za analizę patronów polskich szkół. Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej znajdują się wyjątkowo przyzwoicie przygotowane zestawienia szkół w Polsce według województw, w plikach Excela. Wyjątkowo przyzwoicie nie znaczy, że dobrze, ale na tle innych oficjalnych dokumentów jest super. Pomimo to trzeba było poważnie obrobić dane, które całe stada pań Halinek i ich męskich odpowiedników wstukiwały bardzo dzielnie, ale nie zawsze bacząc na to, co stukają.

Tekst bez wizualizacji danych to tak jak patyk bez loda, a ponieważ grafika dostępna w arkuszach kalkulacyjnych ma poważne ograniczenia, musiałem sobie zrobić przyspieszony kurs matplotlib od zera. Tu pierwsza trzydziestka wszystkich patronów dostępnych w wykazie CIE MEN:

all

Prym wiedzie błogosławiony święty ojciec Jan Paweł II. Potem leci standardowa literatura, historia, same znane nazwiska i nazwy. Jedyną postacią z Top 30 wszechszkół, której nie znałem, była Maria Grzegorzewska, twórczyni pedagogiki specjalnej w Polsce.
Czytaj resztę wpisu »

Mnóstwo czasu

czwartek, 29 Jan 2015

Ania napisała coś takiego (tak, piewszy guest-post na blogu) i wydarzyło się to nawet naprawdę:

W czerwcu 2007 tak się złożyło, że stałam się posiadaczką gipsu od stopy po samą dupę, w dodatku zawartość gipsu wymagała regularnego oglądania przez lekarza. Mało rzeczy równie nienawidzę co wysiadywania w poczekalni w przychodni, a jeszcze należało się do niej dostać o kulach w dzikim upale i zachować jaką taką przytomność umysłu żeby nie dać się wysiudać z kolejki dziarskim emerytom. Jednego dnia – cud świata – przede mną tylko jeden dziadek. Zaraz po „dzień dobry” standardowe:
– Który ma pani numerek?
– 16-ty.
– To jestem przed panią, ale ja tylko na chwilę, po receptę.
– Proszę się nie spieszyć, mam czas.
Wszedł do gabinetu, po krótkiej chwili rzeczywiście wychodzi, mijamy się w drzwiach:
– Wie pani co? Bo ja też, ja też mam czas. Mnóstwo. Mnóstwo czasu.
Gdy wychodzę z gabinetu dziadek ciągle siedzi w poczekalni.
– I skoro mam takie mnóstwo czasu to pomyślałem, że na panią zaczekam.
– ?
– Jak pani przyjechała? Autobusem, taksówką?
– Taksówką…
– Gdzie pani mieszka? Odwiozę panią.
– Nie trzeba, dam sobie radę.
– No gdzie?
– Na Podwawelskim, ale…
– Proszę pani, ja mam mnóstwo, ogrom zaoszczędzonego czasu – podwija rękaw, prezentuje obozowy tatuaż i bardzo z siebie zadowolony teatralnie puszcza oko – No mówię, że mnóstwo.

Czy pije z nami lekarz?

poniedziałek, 24 Nov 2014

Powoli kończę zabawę z liceum. Kilka tygodni temu na spotkaniu rodziców z wychowawcą, przed wysłuchaniem standardowych żądań (pilnować żeby płaciły, przychodziły, a może nawet uczyły się), głos zabrał przedstawiciel grupy, która wzięła na siebie ciężar przygotowania wspólnej popijawy uczniów z nauczycielami, czyli studniówki. Wydawało się, że jedyną kontrowersją będzie zamieszanie z pieniędzmi, spowodowane najprawdopodobniej pomyleniem sobie przez organizatora kolumn „wpłacone” i „do zapłacenia”. Każdy obecny rodzic chciał osobiście wyjaśnić rozbieżności w liczbach, na szczęście frekwencja była typowo wyborcza i nie trwało to za długo. Następnie organizator zapytał, czy ktoś ma w rodzinie, albo wśród znajomych, lekarza, który mógłby przyjść na imprezę. Dla bezpieczeństwa.
Czytaj resztę wpisu »

100 punktów

czwartek, 6 Nov 2014

Wiele lat temu jechałem z małego miasteczka na południu Polski na Kaszuby z trójką młodocianych przestępców. Najmłodszy miał jakieś sześć lat, starsi mieli po około dwanaście. Po pierwszych czterystu kilometrach nudzili się już strasznie i trzeba im było wymyślić jakieś zajęcie. Wymyśliłem. Kazałem im liczyć tirówki — ten, który naliczy najwięcej dostawał sto punktów. Nie informowałem z góry, że punkty nie są przeliczalane na cokolwiek. Problemy zaczęły sie pod koniec podróży. Zjechaliśmy już na małe, lokalne drogi, a młodzi pytali czy pani idąca wzdłuż drogi niosąc drewno z lasu to tirówka czy nie — nie byłem pewien czym w wolnym czasie zjamują się tirówki. Poważne dylematy. Gdy dojechaliśmy na miejsce wszyscy byli zbyt zmęczeni, by domagać się swoich punktów. Kilka tygodni później, po powrocie z uroczych wakacji, matka jednego znich zawezwała mnie na dywanik. Poradziłem sobie, postawiłem na swoim, nie odzywała się do mnie przez parę miesięcy. Teraz jej syn jest już dorosłym, bardzo sensownym factem. Jakoś nie skrzywiłem mu życia.

Dzisiaj dostałem 100 punktów w Internecie. Jest ok, ale nie skaczę z radości. Znam ten numer.

Cie choroplet

czwartek, 9 Oct 2014

Kiedyś zwrot „cie choroba” był przekleństwem, skrótem od „niech cię dopadnie choroba”. Potem komuś poplatało się z „kie licho” i teraz często używany jest w znaczeniu „co za cholera?”. Wygląda na to, że „cię cholera” rzucane jako klątwa nie działa, bo jak wynika z danych Państwowego Zakładu Higieny na tę chorobę nikt w Polsce w 2013 roku nie zapadł.

W ramach zabawy z przetwarzaniem danych zabrałem się za roczny biuletyn PZH „Choroby zakaźne i zatrucia w Polsce”, konkretnie za wstępne dane za rok 2013 (pdf). Myślałem, że będzie ciężko, bo (tu cytuję samego siebie):

Z PDFami pochodzącymi z urzędów jest podobnie jak z pacjentami trafiającymi do szpitala. Lekarzom by było bardzo miło gdyby byli porządnie umyci, rozsądni, i cierpieli na najwyżej jedną dolegliwość. W praktyce ściągając urzędowe dane dostaje się coś, co wymaga poważnej obróbki i czyszczenia zanim uzyska sie materiał dający się automatycznie analizować czy przekształcać w grafikę1.

Tym razem byłem mile zaskoczony, bo z PDFu dość łatwo dało się wyłuskać dane. Gdzieś tam pałętała się w Pythonie biblioteka do malowania choropletów Polski (jak się to do cholery tłumaczy? [w komentarzach Maciek chyba słusznie proponuje kartogram, ale już za późno by zmienić tytuł]), więc oczywiście trzeba było dane zobrazować. Zrobiło się ciekawie:

grypa_dzieci

Mapki po lewej (czerwone) to zapadalność: liczba osób chorujących na 100 tysięcy wszystkich, te po prawej (niebieskie) to hospitalizacja: odsetek chorujących, którzy wylądowali w szpitalu. Kliknięcie na mapkę sprawi, że stanie się w miarę czytelna.

Wybijają się tu dwa województwa. W pomorskim 99 na 100 osób w wieku 0-14 lat miało grypę lub jej podejrzenie — jakieś 20 razy częściej niż w lubuskim i 4 razy częściej niż średnia w Polsce. Czy ci biedni mieszkańcy Trójmiasta maję takie słabe zdrowie, pomimo ciągłego jodowania się bałtyckim powietrzem? Ale choć nominalnie ludność warmińsko-mazurskiego chorowała 10 razy rzadziej, to do szpitala trafiała trzy razy częściej niż mieszkańcy pomorskiego.
Czytaj resztę wpisu »


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 43 obserwujących.